Omal nie udławiłam się ze śmiechu gumą do żucia! Czytałam to. Wytykanie błędów ortograficznych, gramatycznych, stylistycznych i logicznych samozwańczym pisarkom. Komentarze „analizatorów" są doskonałe. Tylko zastanawiam się, czy nie jest to śmiech przez łzy?
Śmiejemy się z tego, że umiejętność pisania (poprawnego) po polsku zanika. Niedawno 12-letnia dziewczynka na stylio.pl dodała komentarz do mojego zdjęcia: „fajny pomysł ale i się sama branzoletka niepodoba" (cholera! dopiero wpadłam na to, że jej "m" zjadło!). Z grubsza rozumiem o co chodziło. W sumie nie dziwi mnie to, że nie podobała jej się bransoletka, bo dziewczyna twierdzi, że jest fanką hip- hopu. Oprócz tego po śmierci Michael'a Jackson'a wstawiła jego zdjęcie. Awatar ma z Marilyn Monroe. Nie czepiam się. Ale żeby napisać „bransoletka" przez „z"?!!
Szalałam za wieloma gwiazdorami, ale nigdy nie przyszło mi do głowy żeby zasypywać świat moimi fantazjami. Nie były wcale lepiej poskładane od tych zamieszczanych na milionach blogów nastoletnich fanek. Nigdy nie chciałam żeby moje dziewczęce imaginacje były wyśmiewane przez innych.
W Reader's Digest przeczytałam, że jakiś facet (myślę, że znaczny ktoś) wierzy iż w przyszłości ludzie będą niemal nieśmiertelni! Najgorszy możliwy scenariusz! Czy tylko ja widzę w tym zagrożenie dla świata? Będą nieśmiertelni, ok. I będą się pewnie dalej rozmnażać, bo przecież każdy chce mieć „bobasa". O ile wiem w Azji i Afryce już w tej chwili jest przeludnienie. Na Ziemi jest więcej ludzi niż nasza planeta jest w stanie „wykarmić". To pomyślcie teraz, że ludzie przestają umierać i dalej się mnożą.
Ale pewnie dotyczy to tylko Europy i Ameryki Północnej oraz Japonii, bo przecież zachód ma gdzieś Czarną Afrykę i ludzi tam żyjących (oglądałam niedawno film „Wierny ogrodnik", spłakałam się jak bóbr i w dodatku przez pół filmu przeklinałam koncerny farmaceutyczne i białego człowieka).
Nie rozumiem i pewnie nigdy nie zrozumiem dlaczego ludzie próbują zwalczyć śmierć. Jest ona przecież najbardziej naturalnym elementem istnienia. Jest początek, więc musi być i koniec. Dziwne to, zwłaszcza, że o ile pamiętam to większość ludzi na świecie to katolicy. Nie chcą dostąpić zbawienia? A może boją się, że za bardzo nagrzeszyli i nie mają na nie szans?
Z nudów czytałam horoskopy na rok 2010. Każdy jest inny. Wybór jest całkiem spory, ale nie znalazłam jeszcze takiego, który by mi się całkowicie spodobał.
Mam nową miłość! Saif Ali Khana! Jest taki przystojny! I nie mogę zrozumieć czemu na mnie na ulicy jeszcze nigdy nie wpadł żaden przystojniak? W każdym filmie dzieje się coś podobnego. Spotykają się przypadkiem i trafia ich miłość od pierwszego spojrzenia.
Nowy Rok przynosi nowe nowiny. Za mało jestem tym wstrząśnięta. Nie będę kłamać, że zupełnie mnie to nie obeszło. Przyznaję, że przeżyłam mały szok. Tylko tak jakbym nie czuła, że to w jakikolwiek sposób mnie dotyczy. Bo prawdą jest, że nie dotyczy.
Magda spodziewa się dziecka. Można by rzecz „no w końcu!". I jest to w jakiś sposób ważny komunikat dla mnie, ale jakoś zupełnie obojętny.
Żadnych łez, nieprzespanych nocy. Chyba właśnie ten brak reakcji najbardziej mnie drażni.
Moja bransoletka z agrafek zdobyła tak wiele pochlebnych recenzji, że czuję na sobie presję, żeby znowu stworzyć coś równie błyskotliwego. I obawiam się, że nie podołam!
Czytam książkę o Draculi. Tym prawdziwym. Księciu Wołoszczyzny, nie o sławnym wampirze. To tylko powieść historyczna, ale podchodzę do niej szalenie emocjonalnie. Dlatego po przeczytaniu muszę zrobić sobie małą przerwę na ochłonięcie. Trzymam stronę Włada cały czas. I pewnie będę ją trzymać do końca książki.
Od jakichś dwóch tygodni z okładem zbieram się do napisania czegokolwiek na tym blogu. Niby miałam jakieś pomysły, a nawet poniekąd coś do powiedzenia, ale zupełnie nie miałam „parcia". Nie wiem jak mogę inaczej określić to, co powoduje że piszę.
Chciałam napisać tradycyjny sylwestrowy wpis, będący podsumowaniem minionego roku. Stwierdziłam jednak, że nie chce mi się wracać do minionych wydarzeń. Nie chcę oglądać się za siebie. Nie chcę patrzeć przed siebie. Wolę sobie bezmyślnie trwać tu i teraz.
Nienawidzę Sylwestra! Ten dzień to tylko jeszcze jedne pretekst do zalania się w trupa, zabawy w wojnę (głownie lubią to chłopcy szczególnie pomysłowo uchylający się przed, niegdyś, obowiązkową służbą wojskową).
Od kilku tysięcy lat (bo nie mam na myśli tylko naszej ery) powtarza się ten sam proces. Z czego zatem mamy się cieszyć? Że jak Dotą ludzkości żadna zagłada nie pochłonęła? To tylko kwestia czasu.
Zresztą kalendarz to wytwór człowieka. Coś zupełnie umownego.
Wydaje się jakby nad ludźmi wisiał przymus celebrowania ostatniego dnia starego roku. Musisz iść na jakąś imprezę. Być gdzieś. Z kimś. W sukience i szpilkach. Na balu. Na sali. Z orkiestrą.
Świąt możesz nie lubić, nie obchodzić, ale na sylwestra musisz gdzieś wyjść. Musisz zabalować. Nienawidzę tego!
Zdaje się, że w pewnym momencie istnienia tego bloga stał się on żałosną dokumentacją pewnych incydentów w moim życiu. Szkoda, że dopiero teraz to do mnie dotarło.
Wszystko skończyło się nie tak, jak powinno zostać zakończone. Wina w lwiej części leży po mojej stronie. Ale nie tylko. Jemu wygodnie było przystać na taką formę dyskusji. Konfrontacja była dzięki temu łatwiejsza, niemal bezbolesna. Również dla mnie. Zamiast załatwić to między sobą zostało załatwione w publicznym miejscu, w sieci o światowym zasięgu. Żenujące.
Obym nigdy więcej nie upadła tak nisko.
Zbliża się Gwiazdka. Na szczęście nie ma śniegu. Gdyby był kompletnie bym zwariowała. Ten okres ZAWSZE kojarzy mi się z NIM. Z niewiadomych powodów.
Oczami wyobraźni widzę jak tarzamy się po śniegu, rzucamy śnieżkami. Widzę jak rozgrzewa zziębnięte dłonie (mam totalną obsesję na punkcie jego rąk!), jakie ma zaróżowione policzki! Widzę to wszystko i nie chce mi się wstawać z łóżka. Zamykam więc oczy nakrywam się kołdrą i dalej śnię na jawie.
Dziwne to uczucie, czcić kogoś, wielbić i kochać przez 10 lat. Gdybym jako 13-latka miała Internet i konto na myspace aż strach pomyśleć jakie wyznania słałabym pod jego adresem.
Teraz nie jestem już aż tak stuknięta.
Jest mi podwójnie ciężko. Ze względu na porę roku i zaistniała sytuację. Jakkolwiek jest to dobre i pozytywne rozstrzygnięcie sprawy, to jednak odrzucenie- zwłaszcza dla kogoś przewrażliwionego na swoim punkcie, jak ja- zawsze jest nieprzyjemne.
Dużą hiperbolą byłoby stwierdzenie, że cierpię z tego powodu. To nie to. Po prostu wraca do mnie, jak bumerang, pytanie: co jest ze mną nie tak? Czy aż tak jestem „inna" że ludzie czują się przy mnie nie komfortowo?
Chwilowa złość. Długo oczekiwana ulga. Teraz nuda. Przez wielkie „N".
Wcześniej miałam Emila. Właściwie miałam go bardzo, bardzo długo. Potem był Kuba. A teraz nic.
Oczywiście jest jeszcze On. Jednak bardziej jest On obiektem kultu, uwielbienia niż przedmiotem machinacji. To jest TEN IDEALNY. Z Nim nie można się bawić.
Strasznie się nudzę. Potrzebuję jakichś chorych damsko-męskich gierek żeby się rozerwać. Zatrważające.
Kiedy już opadły emocje z czystej ciekawości (to mój grzech główny, gdybym wierzyła w Piekło trafiłabym tam przez ciekawość!) zaczęłam się zastanawiać kogo on we mnie szukał? Kim nie jestem? Z kim mnie można pomylić?
Słuchając muzyki układam teraz w głowie scenki z Nim. Ale to nudne. Nie, On nie jest nudny. Tylko co jeszcze nowego mogę wymyślić?
Czy gdyby nie był tym, kim jest interesował by mnie? Czy gdyby nie robił tego, co robi działał by na mnie? Czy gdyby był drwalem w śnieżnej, mroźnej tundrze z popękanymi od mrozu dłońmi, zaniedbaną brodą w gumiakach czy wciąż myślałabym o Nim tak gorąco? Chyba przesadziłam. Dłonie ma piękne i to byłby cios, takie toporne, szorstkie ręce drwala. Brr! Ale ta broda i gumiaki już tak bardzo nie odbiegają od rzeczywistości.
Cóż, jestem tylko „dziwnym, fascynującym umysłem"(to nie są moje słowa). I dobrze rozumiem się (i czuję) z innymi, podobnymi umysłami. Szczególnie lubię twórców.
Może zawsze chciałam być tylko gejszą? Obcującą z wielkimi tego świata. Zawsze chciałam zakazanych, płomiennych romansów. Takich kiedy to kochankowie muszą się spotykać na tajnych schadzkach. Coś takiego przeżyłam. Chciałam poznać wiele smaków miłości, być pożądaną, podziwianą i sztuczną. Nie lubię kiedy mówi mi się "nie".
Cóż, może czasami przebąkiwałam coś o „związku". Nie pamiętam. Nigdy nie czułam, że to jest ten, z którym chcę teraz na pewno być. Nie byłam pewna. Chyba nigdy nie chciałam w to wszystko włożyć siebie. Nie chciałam z siebie nic dać. Zwykle jestem nastawiona na branie.
Teraz tak mi się wydaje. Nie wiem czy chciałam go zabrać do mojego metafizycznego domu. Czasami dawałam tutaj upust podobnym frustracjom.
Prawdopodobnie obecnie brzmi to jak robienie dobrej miny do złej gry. Pewnie tak. Kiełkuje w mojej głowie diaboliczna myśl. Wiem, co chciałabym teraz zrobić. Co chciałabym żeby się stało. Być z nim? Nie. Bywać? Może. Przetestować.
Może to jest tak, że głębsze uczucia są zarezerwowane dla Niego? Większość ludzi brzydzi się zdradą. Przynajmniej tak mówią. Byłabym hipokrytką. Brak mi szacunku. W tym wypadku przyszłoby mi to z trudem. Wtedy było łatwo. Szanować kogoś, kto zawsze był w stosunku do mnie w porządku.
Chyba zawsze myślałam o TYM. Sytuacja wyglądała inaczej od znanych mi. Wydawało się, że na sucho nie pójdzie. Poszłoby? Czy jest jednym z tych facetów?
Mam nadzieję, że jest trochę niejasności w tym, co napisałam
.
Słuchałam Alanis Morisette i pomyślałam, że nie ma co się złościć. Owszem, ucierpiała moja miłość własna, i moja duma, poczułam się upokorzona (bardziej przez to, że pokazałam swoje prawdziwe emocje), ale oprócz tego o wiele więcej zyskałam.
Czuję się o wiele lepiej. Znowu cały świat stoi otworem. Mogę wszystko. Nie ma nic, nikogo, kto mógłby mnie przygnębić. Zdjęty został ze mnie wielki ciężar, który przytłaczał mnie tak długo.
Prze ostatnich 5 lat nie byłam wolna. Nie byłam moja. Próbowałam być kimś, kto przypadnie mu do gustu. Teraz nie muszę tego robić.
Jestem wyzwolona. Wolna jak ptak. I wdzięczna. Za uwolnienie mnie.Nareszcie.
Samo niepowiedzenie w porę, że tak naprawdę nie jesteś moją osobą zainteresowany obieram jako robieni idiotki ze mnie. Wyrażenie "wszyscy faceci" jest typowe, stereotypowe i, przyznaję, śmieszne, ale celowe.
Poza tym wcale nie chciałam usłyszeć tego, czego oczekiwałam. Chciałam tylko wiedzieć na czym stoję i czy jest czym sobie dupę zawracać. Bardzo miło i pomocnie jest się po 2 latach dowiedzieć, że nie było.
Nie czekałam na gwiazdkę z nieba, ale na wyklarowanie sytuacji. Nie myślałam o trwałym związku. Czy kiedyś powiedziałam, że tego właśnie oczekuję?
Uczucia? Trudno mówić o uczuciach, kiedy nic się nie czuje, prawda?
Gdybym wiedziała czego oczekuję pewnie byłabym innym człowiekiem, a nie osobą którą jestem, dlatego liczę na to, że ludzie z którymi się zadaję wiedzą czego sami chcą by ułatwić mi życie. Dlatego wkurza mnie jak ktoś sam nie wie czego chce, bo w moim mniemaniu Ja mam do tego wyłączne prawo.
I czemu wszyscy zawsze to, co piszę bierzecie tak bardzo do siebie?
Teraz to chciałabym wiedzieć coś zupełnie innego. Takie rzeczy stale dzieją się w moim życiu i myślę, że musi być jakaś przyczyna tego, że mężczyźni traktują mnie jak chwilę zapomnienia. Coś, czemu od czasu do czasu można poświęcić troszkę uwagi, ale na dłuższą metę byłoby to kłopotliwe.
Gdybym była gejszą, to mogłabym chociaż zarabiać na tym pieniądze, a tak?
I oto chodziło od samego początku. Mogłeś mi to powiedzieć całe wieki temu. Ale trudno.
W każdym razie nie ma to jak robić z siebie idiotkę przez blisko dwa lata. Dla mnie to zawsze będą jakieś gierki.
„Kogoś kim nie jestem"? jestem wieloma różnymi rzeczami i prawdopodobnie nigdy tym, czego akurat ktoś we mnie poszukuje. Kropka.
Związki międzyludzkie to żadne z tego, co wymieniłeś. To po prostu nasze kaprysy.
Cały ten blog jest niby „krótkie opowiadanie". Tak jak Anais Nin przeredagowuję swoje myśli i uczucia. Chyba każdy pisząc tak robi, coś poddaje cenzurze by w innym miejscu dodać jakieś małe kłamstwo.
Nie lubię odwiedzin osób niemile widzianych.
Po prawdzie wszystko co pisałam było manifestem, mniej lub miejscami bardziej osobistym, ale jednak.
Dobrze jest znać prawdę, bo to wyzwala. Szkoda, że tak późno się na to zdecydowałeś. Szkoda, że nie pomyślałeś jaki to może mieć wpływ na moje życie. Ogólnie niby nie można od mężczyzn wymagać zbyt wiele, ale my, kobiety jesteśmy na tyle naiwne, że wciąż to robimy.
Ponieważ nie chce mi się pisać opowiadań, a dalsze prowadzenie tego bloga stoi pod znakiem zapytania możesz nie odwiedzać go więcej.
Kurde, nie lubię jak ktoś robi ze mnie idiotkę!
Głupia ja. Na co liczyłam? Właściwie to na to samo, co zawsze. A może na cokolwiek? Na „coś" liczyłam. Przeliczyłam się jak zwykle.
Miałam nadzieję, że się odezwie. Chyba nigdy nie zmądrzeję!
Co jest tak niejasne, w tym, co piszę? Nie piszę po chińsku! Myśli często błądzą. Ludzie błądzą.
Wszystko jest jak na dłoni. Aż za nadto oczywiste. A ton wypowiedzi, zależy od nastroju. Jednak wciąż jestem bardzo naiwna. Głupia ja.
Wczoraj byliśmy w kinie na filmie „Odlot" w 3D. Bomba! W ogóle nie wierzyłam w to całe 3D. Jednak robi wrażenie. A film jest super. Taki smutny i ciepły, oczywiście z happy endem, ale popłakałam się trochę. Jest oczywiście śmieszny. Są zabawne dialogi i humor sytuacyjny. Obejrzałabym to jeszcze raz!
No i po co się tak wysilałam skoro on nawet tego nie czytał? <mam doła>
Zbliżamy się do siebie. Wczorajszej nocy była chemia. Niemalże magia. Już sam pomysł na sobotę wskazuje na zacieśnianie się więzi.
Byłam tak podekscytowana, że nie mogłam zasnąć! Fantazjowałam o sobocie. Jakby to było, gdyby udało nam się znaleźć miejsce na wypicie razem. Gdyby ktoś nas przygarnął! <buja_w_oblokach>
Nie tylko o tym fantazjowałam. Ale jako że wymiana zdań między nami stanęła w martwym punkcie, toteż te fantazje mają mniejsze szanse na urzeczywistnienie.
I niech mi nie mówi o sprzecznych sygnałach, bo przecież ta chemia i sobota dotyczą dziewczyny.
Od dwóch dni tak sobie tylko leżę na mojej wyszywanej koralikami poduszce i rozmyślam. Nad tymi słowami. I nie wiem.
Nie wiedziałam, że wysyłam sprzeczne sygnały. Dla mnie wszystko (co robiłam) było jasne i uzasadnione. Wydawało mi się, że mam do wszystkiego co robię prawo. Teraz mam wątpliwości.
Wszystko, co wczoraj napisałam było niepotrzebne.
Czasami mam takie wrażenie, że jesteś tylko wytworem mojej wyobraźni. Pewnie dlatego, że przeważnie tylko o Tobie myślę. Nic z tego nie wynika, nie widujemy się, nie rozmawiamy. Dlatego mam takie wrażenie.
Co to właściwie znaczy „umieścić wszystko w czarno-białym spektrum"? Wszystko, czyli co konkretnie?
Myślałam, że wszystko tu jest czarno na białym. A właściwie było zanim usunęłam część wpisów. Większą część. W zasadzie nic się nie zmieniło od tamtego czasu. No, może poza moim podejściem.
Będę potem żałować, że to napisałam, ale...
Usunęłam wszystkie wpisy, które dotyczyły Ciebie i mojego byłego. Obiecywałam sobie, że więcej słowem o was nie wspomnę na tym blogu. Uważałam, że to najlepszy sposób, żeby wszystko zaczęło się jakoś układać, że jak przestanę o Tobie pisać to przestanę jednocześnie prowokować Twoją obecność tutaj. Sądziłam, że wtedy mi przejdzie, że zapomnę. Nic takiego się nie stało. Zresztą nawet nie udało mi się dotrzymać tej obietnicy.
Próbowałam różnych sztuczek żeby zwrócić na siebie Twoją uwagę. Bo lubię być w centrum uwagi. I cierpiałam, kiedy mi się to nie udawało. Wtedy byłam zła. I załamana. I chciałam się poddać. Jednak jestem tak fanatycznie uparta, że poddawanie się w beznadziejnych sprawach nie leży w mojej naturze.
Wściekałam się, bo nie rozumiem dlaczego, skoro nie chcesz ze mną rozmawiać, interesuje Cię moje życie? Czemu na mnie patrzysz?
I to chyba wszystko, co mogę powiedzieć/ napisać.
Pewne uczucia uznałam za wstydliwe i trzymam je blisko siebie. Nie umiem o nich mówić wprost. Podkreślam to zresztą dość często. Kiedy się irytuję nie umiem znowu siedzieć cicho.
Czasem mój język jest za długi, a innym razem zbyt krótki.
Nie wysyłam sprzecznych sygnałów lecz testuję różnorodne strategie. Bardzo wiele zależy od mojego nastroju. Od tego, kim dzisiaj jestem. Dlatego raz obchodzę temat bardzo ostrożnie, a kiedy indziej wykrzykuję wszystko, co mi tylko do głowy przyjdzie.
Wyklarowanie tematu jest w moim wypadku niemożliwe. Nie wiem kim będę jutro i czego ten ktoś będzie chciał. Przyjmuję teorie, że jestem dwiema osobami o zupełnie przeciwstawnych osobowościach. Zawsze mam dwa punkty widzenia, dwa różne ulubione kolory, które się gryzą i zupełnie inne oczekiwania wobec ludzi. Zawsze są dwie prawdy o mnie. Problemem jest to, iż nie można tego wypośrodkować. Nie ma złotego środka. M"uszę trochę być jedną z nich i trochę drugą.
Jest więc dziewczyna na wskroś milutka i altruistyczna, niezwykle wrażliwa, trochę nieśmiała, zakompleksiona, bardzo romantyczna. Nie bardzo lubię nią być. Ona jest jak Melania z „Przeminęło z wiatrem".
Pisałam już o tym dlaczego boję się bycia nią. Na pewno kiedyś o tym pisałam.
Ta druga dziewczyna we mnie jest jak Scarlett O'Hara. Jest więc twarda, uparta i niezależna. Lubię nią być.
Niestety, dawno temu odkryłam, że nie ma jednej bez drugiej. Jestem obiema.
Dlatego może wysyłam sprzeczne sygnały. Bo jedna chce być kochana, a druga po prostu panicznie boi się spać sama.
Matko Huto, pisałam o tych wszystkich sprawach milion razy, aż do znudzenia! Pisałam czemu jest tak, jak jest i czego się boję. Pewnie nie napisałam tylko jasno czego chcę, czego oczekuję. Nie nawykłam do odpowiadania sobie na to pytanie. Zwykle po prostu pozwalam wydarzeniom się rozwijać. Jeśli coś staje w martwym punkcie, pozwalam mu umrzeć. Lubię sobie potem ponarzekać w dwójnasób. Nie myślę o tym czego chcę, a o tym czego nie chcę.
Zaskoczyłeś mnie. Naprawdę nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek się odezwiesz. Dlatego pozwoliłam sobie na wpisy w takim tonie. Czasem wypisuję głupoty. To impuls. Działanie w afekcie. Czasem prześpię się z tym, co już opublikowałam i myślę: „co za głupoty powypisywałam". Nie byłabym jednak sobą, gdybym tego nie robiła.
Króliczki. O tym też już pisałam, ale powtórzę pokrótce. W związkach uwielbiam początki. Poznawanie się. Pierwsze delikatne dotknięcia. Nieśmiałe pocałunki. Tą elektryzującą atmosferę. Napięcie. Z czasem to znika. Powszednieje. I wtedy jest nudno. Dla mnie każdy dzień powinien być jak pierwsza randka. Dlatego ważne jest by nie zgonić króliczka. Jeśli nie tego samego cały czas, to jakiegoś innego.
Napisałam więcej niż zakładałam. I zakładam, że nic się nie wyjaśniło. Jest pytanie, które może i powinnam była zadać. Chciałam. Nie jestem zbyt odważna. Boję się odpowiedzi. Bo odpowiedzi zawsze działają na moją wrażliwą część, a ona ciężko to znosi. Musi odchorowywać miesiącami, czasem latami.
Słowa, znaczenia, skojarzenia. Manipulowanie odczuciami przez używanie odpowiednich słów.
Czasem mam ochotę cytować Kristin Sa: "So if you ask, if you must know/ I'll tell you, here's the truth/If you ask, if you must know/I wouldn't lie to you/If you ask, if you must know /I'll tell you, here's the truth/Do I love you? Love you, still?(...)". Prawda słowa, prawda czasu, prawda ekranu...
Wybacz mi redundancję.
Wielcy performerzy się skończyli. Została garstka najwytrwalszych. Takie są moje refleksje po gali EMA 2009 w Berlinie.
Środowy wieczór spędziłam z Nim. Staram się nie robić tego zbyt często. Potem trudno jest się pozbierać. Jednak rozmawiać z Nim. Widzieć Go. Tyle to dla mnie znaczy. Powrót do rzeczywistości jest zawsze bolesny. Nie mogłam spędzić tego wieczoru inaczej.
Jestem tylko ładnym zdjęciem kobiety. W jego oczach niczym więcej. Zdjęciem bez [ciekawej] osobowości. Zdjęciem, które nie ma nic do powiedzenia, może co najwyżej słuchać. To obelżywe, dla kogoś, kto chce być osobowością. Albo przynajmniej osobą. Nie ozdobą.
Może po prostu jest facetem, który lubi proste, szablonowe dziewczyny, które nie boją się, że koń odgryzie im palce, nie piszą piosenek o zjadaniu słoni, nie śnią na jawie, nie prowadzą sekretnego życia wewnętrznego, które jest bogatsze od zewnętrznego.
A ja po prostu lubię gonić króliczka. Złapany, przestaje być atrakcyjny.
Nagle pojawia się deficyt ciekawych mężczyzn. Tych prawdziwych brak. Zostały jakieś marne namiastki. Podróby. Faceci są nudni. Przestali być szorstcy, męscy. Są wygodni, leniwi, do bólu pragmatyczni. Brak im fantazji. Obrzydlistwo.
Nie ma miejsca na romans, przygodę, namiętności. Może naczytałam się książek i naoglądałam filmów. Może życie nie powinno być fascynujące, elektryzujące, szalone. Nie zgadzam się na szary realizm. I uciekam do świata marzeń. Tam codziennie mam nowy, fascynujący i namiętny romans. Bez tego bym zwariowała.
Wystawiłam chłopaka. Czuję się głupio, ale serio, nie miałam dziś ochoty spotykać się z nim. Nie jest z niego sexy ciacho. Fajnie się gada, ale ostatnio w insynuacjach poszedł o krok za daleko. Fajnie, że mu się podobam, ale ja nic do niego nie czuję. Zmęczona jestem udawaniem. Kiedyś byłam inna. Potrafiłam grać do końca. Teraz jestem starsza i nie chce mi się. Nie chcę udawać wniebowziętej. Wiem, że bezczelnie z nim flirtowałam i nakręcałam go.
Mam chaos w głowie i jest po drugiej w nocy, zatem może brakować sensu temu, co piszę.
Pytanie nr 1. Czy gdybym znała niemiecki pisałabym tego bloga po niemiecku, dla niego? A nawet gdybym płynnie pisała w jego języku, to co bym mu napisała? Wyznanie uczuć czyni ze mnie tylko psychofankę. Zresztą, czymże więcej dla niego jestem?
Pytanie nr 2. Czy gdybym mogła cofnąć czas i zachować wiedzę jaką posiadam, czy mogłabym nie zakochać się wiedząc, że nic z tego nie będzie? Czy znając rezultat każdej love story moglibyśmy się nie zakochiwać w niewłaściwych ludziach?
Przecież tak naprawdę chodziło o to, żeby dostać się tam za darmo. Nie miałam najmniejszego zamiaru za nic płacić. Jak zawsze zresztą. Staram się wyciągnąć za friko ile się da, nie dając nic w zamian.
Do tego bezczelnie z nim flirtuję. Brak mi odwagi powiedzieć wprost, że wcale mi się nie podoba, że nie podzielam jego uczuć, a chcę tylko za darmo iść do kina i dostać ukochaną mleczną czekoladę.
Żal, upokorzenie, brak zrozumienia. Pytanie. Przede wszystkim pytanie. Tak, dodałam te zdjęcia bo chciałam go sprawdzić. I nie rozumiem. Człowieku, zdecyduj się! Nie chcesz mnie, okej, jestem w stanie to zrozumieć i zaakceptować. Albo bierzesz wszystko z całym kramem, albo daj sobie luz na wszystkich polach! Po cholerę to czytasz? Po cholerę oglądasz moje nowo dodane zdjęcia?
Gdyby nie te jego głupie gierki dawno byłoby po wszystkim.
Taki sam jak Emil. Pytam siebie czemu mam słabość do takich beznadziejnych facetów, co to żadnej spódniczce nie przepuszczą?
Przecież wcale nie zamierzałam nigdy być tą, która by ich usidliła na dobre. Sens bycia z takim facetem to tylko lans. Pokazywanie się wszędzie z nim. Bo z nimi zazwyczaj nic innego robić nie można.
Wiem, co chcę robić życiu. Długa droga przede mną. Ale to jest realne. W zasięgu ręki.
Zaprzyjaźniłam się z lesbijką. Kręci mnie świadomość, że podobam się kobiecie! Moja próżność nie zna granic.
Jak i moje kompleksy. Paradoksalnie.
Nie przeczyta tego. Żaden z nich. Zwłaszcza ON.
Dziś zaszczycił swoją obecnością mój profil na myspace. Choć minęła chwila zanim informacja ta dotarła do mojego mózgu. Ciekawe, czy jest tak wielkim gwiazdorem, że ktoś prowadzi jego konto, czy też sam to robi?
Zaraz kompletnie się wygadam i dopiero będzie.
Pindrzę się godzinami przed lustrem przed wyjściem do biblioteki, w nadziei, że będzie dziś w pracy, a tu kurde, zamknięte!
Tylko mi potem nie mówcie, że trzymam długo książki!
Oj! Niektórzy są tak nadzwyczaj fałszywi. Tylko bez: "A nie mówiłam!".
Znowu oglądałam jego zdjęcia. Nie po to wcale, co by mi się w nocy przyśnił. Nie jest zbyt fotogeniczny. Raczej zazwyczaj wygląda na drwala z tundry. Głupie porównanie.
Tak naprawdę nie w moim typie. Ja lubię ładnych, ogolonych, nie owłosionych facetów.
A on? Zapuszczony, nie zrobiony, surowy i z gobelinem na klatce piersiowej. Fuj!
A mimo to oczu nie mogę oderwać!
I żal mi tego koncertu! Być tak blisko, a jednocześnie tak daleko. Ale i tak nie mam helikoptera żebym mogła tam dotrzeć. Mogłabym po drodze wpaść po zapałki do Odessy.
Moja płynność finansowa jest na poziomie zero. Nie stać mnie w tej chwili nawet na waciki, a tym bardziej na charytatywny koncert.
Zresztą, po cholerę wpraszać się tam, gdzie mnie nie chcą? Mam ochotę zobaczyć [i posłuchać] go na żywo, ale nie jest to sprawa życia lub śmierci. Moja ciekawość po prostu pozostanie niezaspokojona.
Szczerze nie wierzyłam w to, że nawet gdyby miał jakieś wejściówki, to dałby jedną mnie. Gdybym mogła wybrać jeden koncert, na który mogłabym pójść to byłby koncert w Bremie [który już się odbył].
A dziś w nocy zjawił się w moim śnie. Wyglądał zwyczajnie. Nic specjalnego. Pewnie żadna dziewczyna, poza mną, nie zwróciłaby na niego uwagi, tak przeciętnie wyglądał. A pode mną, nawet we śnie, ugięły się nogi.
To przez oglądanie jego zdjęć przed snem. Nie mogłam się powstrzymać.
W ogóle ostatnio dużo śnię. Są to dziwne, pokręcone sny, które nawet na jawie nie dają mi spokoju. Nie znoszę tego!
Wciąż nie wiem dlaczego jestem inna, ale przez kilka ostatnich dni nie rozmyślałam nad tym.
Zawsze myślałam, że się różnię, ale sądziłam, że to po prostu wina mojej megalomanii.
Łukasz niedawno powiedział, że jestem nie tylko małomówna, ale i tajemnicza. Zawsze chciałam być enigmatyczna, ale obawiam się, że jak zacznę gadać to gadam za dużo i nie ma mowy o tajemniczości.
Zresztą, czy na tym blogu jest cokolwiek tajemniczego? Chyba tylko tyle, że nigdy nie wiadomo kogo mam na myśli pisząc „ON". Bo przecież nie zawsze mam na myśli właśnie jego. W moim życiu jest więcej niż jeden "ON". Ale to standard.
Dwa razy dziennie to chyba przesada! Zwłaszcza, że nie piszę ostatnio zbyt regularnie.
Szuka czegoś konkretnego? Informacji czy opinii?
Poszukiwanie pracy idzie opornie. Nie ma nic, co mogłabym chociaż rozważać! Chyba, że powrót do McDonalda, ale to już nie byłoby to samo.
Pytanie: czy byłoby gorzej czy lepiej? Zależy od tego jak zdefiniuję, co było dobre, a co złe.
Złe, na pewno były pieniądze. A niektórzy ludzie byli dobrzy. Nie wszyscy. A nawet mniejszość. W moim przypadku to zawsze jest mniejszość.
Ona zawsze wtrąci mimochodem jakieś swoje spostrzeżenie na mój temat, o którym rozmyślam przez kolejne dwa tygodnie. Jak wtedy, gdy zaskoczyła mnie, mówiąc, że jestem ładna.
Przez 90% czasu nie czuję się nawet odrobinę ładna. Unikam luster i wszelkich powierzchni lustrzanych, bo nie mogę znieść swojego odbicia! Zabawne, że on mniej więcej w tym samym czasie napisał mi to samo!
Teraz powiedziała, że zawsze mam „perfekcyjny makijaż". To zupełnie jak teatralna maska. Zawsze mam wrażenie, że maluję maskę. Ukrywam pod nią prawdziwą twarz, prawdziwą mnie. Bo umalowana jestem dla innych, a ta „nie zrobiona" dziewczyna jest dla siebie samej. Tylko dzięki tej masce mogę wydawać się ładna.
Jednak to, na czym myślę do dziś to stwierdzenie, że jestem inna. Inna niż wszyscy. Wciąż nie wiem, co to właściwie znaczy? I dlaczego jestem inna?
Mężczyźni mają cudowną zdolność zapominania o danym słowie. Naprawdę miałam szczere chęci nie generalizować i nie mówić „wszyscy faceci są tacy sami", ale im dalej w las tym bardziej przekonuję się o tym, że jednak wszyscy są tacy sami!
Absolutnie ulubionym przeze mnie filmem Bollywood jest teraz „Salaam Namaste". Do tej pory, muszę to przyznać, nie lubiłam Peity Zinty [KLIK!]. To przez ten film z Shar Rukh Khanem, Rani Mukherjee, Abhishek Bachchan'em i Preity Zintą właśnie. Na początku nie byłam też przekonana do Saif Ali Khana [KLIK!], ale po zobaczeniu „Tashan" [KLIK!] zmieniłam zdanie.
„Salaam Namaste" jest chyba najmniej bollywoodzkim filmem, z tych, które obejrzałam ostatnio. Niby typowa komedia romantyczna, a ja przecież nie znoszę komedii romantycznych! A jednak obśmiałam się jak norka!
Myślę, że to duża zasługa aktorów. Saif Ali Khan pokazał w „Tashan", że ma talent komediowy. Jednak to był film raczej sensacyjny, a on grał w nim mięczaka i to właśnie kontrast między Saif Ali Khan'em a Akshay Kumar'em tworzył komizm. W „SN" jest inaczej. Nie to żeby Saif grał twardziela! Tutaj brak takiej postaci. Jak już mówiłam, jest to komedia romantyczna, więc zabawne są wszelkie relacje damsko-męskie. Zwłaszcza sceny kłótni Nick'a i Amby. Rewelacyjna jest scena w szpitalu na końcu filmu. Gościnnie wystąpił w niej, w charakterze gwiazdy, Abhishek Bachchan.
Naprawdę polecam wszystkim! A hinduski Krokodyl Dandee w „Salaam Namaste" jest po prostu kultowy!
Ktoś rozpaczliwie próbuje się do mnie dodzwonić od tygodnia. Na stary numer. Telefon wciąż jest włączony i czasem go używam jako kalkulatora lub budzika. A ten ktoś dzwoni z zastrzeżonego. Nawet chciałam odebrać, ale zapomniałam włączyć dźwięk.
Jestem stanowczo za bardzo ciekawska! Jednak to ktoś, kto nie wie, że mam nowy numer. Czyli jakaś setka osób! Ale ja obstawiam jedną. Właściwie jednego.
Zastanawiam się dlaczego zawsze bardziej za Nim tęsknię, gdy robi się zimno? Kiedy idę przez park szurając suchymi liśćmi. Kiedy piję dekadencko pyszną, gorącą zieloną herbatę. Kiedy leże na dywaniku i słucham, jak krople deszczu uderzają o parapet, a wiatr zawodzi między blokami. Dlaczego?
Zdecydowanie najbardziej cierpię zimą, w okresie przedświątecznym. Stojąc w kolejce do kasy w hipermarkecie. Baraszkując w śniegu. Przyglądając się śnieżynkom. Nawet marznąc za Nim tęsknię.
Jednak w tym wypadku, nawet gdyby wiedział, nic by to nie zmieniło. W tym wypadku na nic nie liczę. W tym wypadku przyzwyczaiłam się do tego. Nie mam żadnych roszczeń, bo On nigdy mój nie będzie, nawet gdyby wiedział jak bardzo i od jak dawna Go kocham. W tym wypadku to nie ma znaczenia.
W innym wypadku zresztą, nic nie zmieniło to, że on wiedział. Ale to zupełnie inna historia.
Jak już mówiłam, sobota była lepsza niż się spodziewałam. K. obszedł samochód, żeby mi otworzyć drzwi! A we mnie coś zapiszczało z radości, ale to- cholera- od czytania „Zmierzchu". Edward zawsze bardzo starał się traktować Bellę jak damę. Tak strasznie podobało mi się jego zachowanie! Więc byłam pod wrażeniem. Potem długo nie mógł znaleźć miejsca parkingowego. Trochę było to irytujące, nie powiem. Pomyślałam, że ten drugi K. nigdy nie miał problemu z zaparkowaniem.
Jeśli mam szczerze porównywać to „sobotni" K. to taka trochę „cipka". Ten „stary" K. jest bardziej „męski". Bez przesady oczywiście (choć wyznam, że w tym względzie, przesada jest dla mnie jak czekolada dla dziecka).
Rozmowa oscylowała wokół pracy, kariery, studiów i takich tam pierdów. A ja udawałam kogoś, kim zupełnie nie jestem i nie mam wyrzutów sumienia. Jak to mówią, trzeba łapać okazję za włosy póki nie wyłysieje.
No i chyba jestem totalnie uzależniona od Settlersów! Gram, póki widzę postacie!
Jutro upiekę ciasteczka! Kupiłam RÓŻOWY lukier i landrynki i będę robić ciasteczka z witrażykiem! Mniam!
Dzisiaj nie mogłam sobie odmówić 3BITA z limitowanej, orzechowej edycji!
Kurde, ale łakomczuch ze mnie! ;-)
Matko Huto! Jak się nudzę!!!
Jak widać [prawy bok] dodałam aplikacje z last.fm. Teraz wiesz czego słucham :D
Nie mam pracy, zatem pierwszy raz od roku nie mam zupełnie kasy! Co nie przeszkodziło mi dziś w pójściu na zakupy i, Och! kupieniu nowej, wypasionej torby! Jest taka zajebista!
Jestem uzależniona?
Sobota była ok. Czekolada z whisky w Wedlu :) Pycha! I nie musiałam za nic płacić! Nie było iskier, chemii, flirtu czy czegokolwiek takiego. Nic mnie nie zaskoczyło. No, może ja sama siebie zaskoczyłam. Zaskakująco dobrze grałam swoją rolę. Byłam jakaś taka pewna siebie i zdecydowana. Miękł mi w rękach! Ha, ha, chociaż właściwie to powinien twardnieć.
A teraz o pierwszej w nocy na gwałt potrzebuję się napić herbaty, a nie da rady zakraść się do kuchni nie budząc rodziców. Muszę poczekać do rana. Choć w moim przypadku to raczej do południa.
Ach, w marcu w Łodzi zagra Rammstein!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Z dnia na dzień zrobiło się brzydko i bee. Tak jak z dnia na dzień pożółkły liście. Wszystko dzieje się tak szybko, że zanim zdążę na dobre się do czegoś przyzwyczaić, tego już nie ma. Albo jest inne.
Śpię do dwunastej. Nieśpiesznie jem musli i piję gorącą herbatę. Koniecznie coś przy tym czytam albo chociaż oglądam telewizję, bo nienawidzę bez sensu patrzeć przed siebie! Potem trochę ogarniam mieszkanie. Szurnę parę razy odkurzaczem. Wreszcie biorę prysznic, myję zęby o koniecznie włosy! A potem to już zależy.
Ostatnio gram po 12 godzin w The Settlers. W końcu tak mnie bolą wszystkie kości, że nawet leżeć nie mogę!
A jeśli nie gram to robię nowe błyskotki. I też później od siedzenia boli mnie nie tylko pupsko, ale i plecy i kark i nawet głowa. O palcach nie wspomnę! Czasem nawet się skaleczę!
Chyba, że nie mam ochoty na żadne z powyższych. Wtedy czytam książkę.
Sobota 18:30- pierwsze spotkanie. Mam wiele pytań bo znam K. trochę i jestem co nieco niespokojna. Na wszelki wypadek kupiłam bilety mpk i wybiorę jutro kasę z konta, bo nigdy nie wiadomo. Niby to on mnie zaprasza, ale jest trochę skąpy i trzeba się liczyć z wydatkami.
Mam nadzieję, że uda mi się szybko zwinąć, bo mniej więcej wiem w jakich tematach lubuje się K.- są to zupełnie inne tematy niż te mnie interesujące!
Przynajmniej komplementów się nasłucham :) Jakiś pozytyw!
wtorek, 9 lutego 2010
Licznik odwiedzin: 5856
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:
Kontakt:
gg:10440021
e-mail: lola-happy3@wp.pl